Szkoleniowy fastfood

Fastfood - jadamy coraz częściej kolorowo, z zachodnim zadęciem, będąc marketingowo obłapianym przez hasła, idee, multimedialne komunikaty. Niezdrowo, taśmowo, globalnie. Komuś to odpowiada, komuś innemu nie. Takie czasy.

Podobnie jest ze szkoleniami. McDonaldyzacja zagościła także i pod szkoleniowe strzechy. Firmy szkoleniowe produkują taśmowe seminaria - opakowane i owszem, że aż dech zapiera. Zbudowane z zachodnio brzmiących frazesów i sloganów, bełkotu pojęć, otoczone marketingowym wianuszkiem wizji, że oto zajmują się nami najwybitniejsi eksperci. Wszystko tylko i wyłącznie aby szkolenie było “profi”. I przy okazji stało się doskonałym pretekstem do wyciśnięcia z nas kilkunastutysięcy złotych za dwudniowe spotkanie dla kadry, zespołu, teamu. Ile ono da? Tak naprawdę? A kogo to obchodzi? Zapakowane, opakowane, podane, skonsumowane. Temat odfajkowany. Aby się wszystkim lepiej spało - dorobi się ideologię o badaniu poziomu po’szkoleniowych kompetencji, ewaluacji kwalifikacji i tym podobne ankietowanie. Wszyscy napiszą glanc pomada a jak tak nie napiszą, to i tak, ogólne wnioski będą budujące. I jest OK.

Tymczasem, w tym wszystkim zapomina się o istocie sprawy. Uczestniku szkolenia. Efekt jest taki, że tworzymy w ten sposób golema. Pracownika, który uczestnicząc w iluś tam szkoleniach, z każdym wie mniej, jest mniej samodzielny a bardziej uzależniony od mcdonaldowej coca coli. I totalnie nie radzi sobie w kryzysie, w trudnej sytuacji, z wymagającym Klientem. A skoro sobie nie radzi to najwidoczniej potrzebuje szkolenia. Kolejnego. I tak kółko się zamyka. Koło jest genialne, bo toczy się i toczy. Tylko czy zdajecie sobie, drodzy menedżerowie zlecający szkolenia, kto za owo toczenie płaci?

[Ze strony: marekwojciechowski.bblog.pl]

Wyślij znajomemu Wyślij znajomemu

Bez komentarzy.